środa, 22 marca 2017

A więc zatoczyłam koło

A gdy człowiek zatacza koło, wraca do starych, sprawdzonych miejsc. Często są to wtedy miejsca zaniedbane, które pokrył kurz; miejsca, których potencjał został uśpiony. Lecz miejmy nadzieję, że nie na zawsze.

Coś się kończy i coś się zaczyna. Jak wspaniale, że mam gdzie wracać. Jak cudownie, że wciąz istnieje to miejsce, mój mały skrawek Internetu, który cierpliwie na mnie czekał. Jak wspaniale, że tutaj nie piszę na zamówienie, nie liczę znaków, nie spieszę się, nie przejmuję, by nie przekręcić słów, za które wsadzone komuś nieopatrznie do buzi, mogłabym ucierpieć.

Jak cudownie jest pisać własnym językiem.

Wracam niczym marnotrawny syn, ale wracam do domu. Wracam po długiej podróży, w której pisaniem zarabiałam na chleb i już wiem jak to smakuje. Bo do tej pory za pisanie nikt mi nie płacił. I już czuję różnicę.

I mimo, że za chwilę zostanę bez pracy, czuję szczęście. Czuję, że warto było zaryzykować, spróbować, opuścić znów ciepłe, wygrzane i jednocześnie powodujące pewne dolegliwości miejsce, wejść w nowy układ, przebijać się przez mury i wchodzić do miejsc mi nieznanych. 

Tego mi nikt nie zabierze i mimo, że znów stoję na jakiejś krawędzi, mam dziwne przeczucie, że będzie dobrze. Że nie straszne mi nic. No, prawie nic. Bo jeszcze sporo strachów do uleczenia. Ale część z nich udało się pokonać. Teraz czas delikatnie odetchnąć, zastanowić się, przemyśleć sprawę. Podsumować dotychczasowe życie. Iść dalej, otworzyć nowy rozdział.

W nowych miejscach, może z nowymi ludźmi.


PS. Czy to przypadek, że piosenka, która akurat wpadła mi w ucho nosi tytuł „Zmiany”? To gra Jazzpospolita. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz