sobota, 11 listopada 2017

FOTKEN MACHEN

Dziś nie będzie pisaniny. Udostępniam trochę życia. 


Płyta. Wieża. Muzyka. Prosta sprawa. Żeby razem stworzyć piękną całość muszą współpracować. Płyty. Korzystajmy z dobrodziejstw nowoczesności, wykupujmy Spotify'a, ale płyty.. to nam zawsze zostanie. (a przy okazji zawsze jest czym zagracić pokój). 

Na zdjęciu Paulina Przybysz i jej najnowsza płyta, którą serdecznie polecam "Chodź tu". 



A to tylko ja podczas miłego weekendu u rodziców. Tam najlepiej smakują gorące herbaty i grzeją grube sweterki. 




Ostatnio kupiłam sporą ilość książek. Niestety, z uwagi na brak czasu, albo brak samozaparcia książki muszą czekać, aż dotrą do mej głowy. Życzę Wam, aby widok z okien wyższych pięter Miejskiej Biblioteki Publicznej w Opolu był Wam bliszy niż mnie. 


A to były chyba najlepsze wakacje w moim życiu. To był bardzo samotny Kołobrzeg. 


środa, 1 listopada 2017

Belfer 2 obrzygany. A ja wstrzymam się z oceną i ewentualnie narzygam później

Trochę nie rozumiem hejtu jaki wylał się na twórcow drugiego sezonu polskiego serialu "Belfer". Nie twierdzę jednocześnie, że krytyka jest nieuzasadniona, ale nie sądzę, że uzasadnione jest wypisywanie na forach "OMIJAĆ Z DALEKA", "NIE OGLĄDAĆ TEJ SZMIRY", lub "DLA MNIE TEN SERIAL SIĘ SKOŃCZYŁ". Takie zdanie może uzasadniać jedynie demokracja, czyli prawo do pierdolenia nawet głupot.



Czy jestem fanką tego serialu? Raczej nie... Choć musiałabym najpierw dobrze znać i rozumieć definicję "fana". Nie jestem nałogowym połykaczem seriali, nie znam każdej produkcji, a nawet zapominam to co oglądałam wcześniej. Nie znam dat premier. 

Owszem zdarzały się dni, kiedy potrafiłam poświęcić cały wolny dzień na obejrzenie jednego sezonu konkretnej produkcji. Ale czynność "obejrzenie serialu" zaszczepił we mnie chłopak. Mnie samą nigdy nie ciągnęło, raczej zawsze oglądałam filmy. Ale jeśli ktoś koło ciebie codziennie do obiadu włącza sobie jakiegoś tasiemca, to siłą rzeczy oglądasz. A jak coś jest dobre, to ciekawi cie co jest dalej. I takie to. 

Wróćmy do Belfra, którego obrzygała spora część internautów. Najbardziej wściekają się na drugi odcinek drugiego sezonu. Ja po pierwsze nie rozumiem tego emocjonowania się. Po drugie wydawanie ocen już na samym początku serialu, wydaje mi się słabym pomysłem. Owszen oceniajmy, ale odcinek nie cały sezon czy serial, tym bardziej że widzieliśmy dopiero dwa odcinki (sic!) 

Hm. Stwierdzam, że jeśli znajdziemy się w sytuacji w której czegoś nie rozumiemy,  wiemy że sytuacja jest rozwojowa, może warto wstrzymać się z komentarzem i poczekać? Jeżeli faktycznie widzimy sceny mocno dyskusyjne, absurdalne, dziwne, w których myślimy "hm, albo tego nie dopracowali, albo za tym kryje się coś głębszego". Ja stawiam na tę drugą opcję. 

Mówię to w sumie na nic, bo aktywności użytkowników piszących na Filmwebie nie zatrzymam, ba, nie jest to nawet moim zamiarem. Po prostu też mam swoje zdanie w tym temacie. I dziękuję za uwagę, idę oglądać Titanica na Polsacie. <3

poniedziałek, 30 października 2017

Straciłam czas. I tracę go nadal. Chyba że ...


(Wiem, że nieładnie jest zaczynać zdania od "no i". Ale inaczej nie potrafię.)

No i wchodzę na tego bloga po raz wtóry, nie wiem który w ciągu miesiąca, ale faktycznie jest coś co mnie tu ciągnie. Nie wiem czy kieruje mną zazdrość, bo inni to robią i im to wychodzi. Bo może jak zwykle górę bierze honor, że przecież TYLE chciałaś w życiu zrobić, ale okazałaś się mało wytrwała i zrezygnowałaś. A ci, których nie doceniłaś i uważałaś, że "niee, oni tego nie zrobią", jednak dali radę. 

Dlaczego? Bo stwierdzili, że osiągną co chcą, jeśli będą ciężko pracować. A tu sie niektórym idiotom (i idiotkom) wydawało, że wystarczy sam talent, przekonanie (wydumane) o własnej wyjątkowości i jakoś to pójdzie. A tymczasem nie. 

Chuj z talentem, jeśli jesteś leniwy. Chuj z tym wszystkim. 

Jeśli nie zapłacisz brakiem snu, zakwasami, wysileniem się większym niż wstanie z łóżka i zrobienie śniadania, to spadniesz i nawet nie będziesz wiedział kiedy. Albo będziesz wiedział, ale po co to do siebie przyjmować. "Mam jeszcze czas, przecież tamci się nie ruszą, to miejsce do mnie należy". Nic mi nie grozi.

A więc opierdalasz się aż miło, a ci co mieli być w tyle, nagle cie wyprzedzili. Takie to.

Czuję się czasami, jakbym zaprzepaściła mnóstwo danych mi szans. A raczej, że byłoby dziś inaczej, gdybym kiedyś nie zrezygnowała i nie poddała się. 

Brak samozaparcia, kompleksy połączone z nadmiernym zachwytem nad samym sobą, nieznajomość siebie, brak dystansu. Oto co zabija 26-latków takich ja ja. Tak czy siak, uważam, że trzeba myśleć pozytywnie, bo czarnowidztwo już mnie wkurwia i nie lubię nadmiernego zamartwiania się jakim to nie jest się zjebanym. Jest się takim, za jakiego się uważamy. Jeśli stwierdzimy "hm, nawet fajny ze mnie człowiek" to tacy właśnie jesteśmy, zaczynamy się tak czuć a przede wszystkim zachowywać. A tu już blisko do FAKTYCZNEGO bycia zajebistym. Wszystko pod warunkiem, że mamy trochę oleju w głowie, bo nie mam na myśli przechwalanek. 


No dobra, dokopałam samej sobie, już dość. Hm, przynajmniej tu zaszła pewna zmiana, bo kiedyś przeprowadziłabym na sobie uciążliwe samobiczowanie, doprowadzając się niemal do szału. 

Chujowo, jeśli motorem napędowym jest chęć dorównania komukolwiek. Najlepiej jeśli robimy coś dla siebie, a nie z zazdrości. Chujowe uczucie. 

Dwa dni temu miałam urodziny. Kurde, może to już czas tak naprawdę się ogarnąć?

środa, 22 marca 2017

A więc zatoczyłam koło

A gdy człowiek zatacza koło, wraca do starych, sprawdzonych miejsc. Często są to wtedy miejsca zaniedbane, które pokrył kurz; miejsca, których potencjał został uśpiony. Lecz miejmy nadzieję, że nie na zawsze.

Coś się kończy i coś się zaczyna. Jak wspaniale, że mam gdzie wracać. Jak cudownie, że wciąz istnieje to miejsce, mój mały skrawek Internetu, który cierpliwie na mnie czekał. Jak wspaniale, że tutaj nie piszę na zamówienie, nie liczę znaków, nie spieszę się, nie przejmuję, by nie przekręcić słów, za które wsadzone komuś nieopatrznie do buzi, mogłabym ucierpieć.

Jak cudownie jest pisać własnym językiem.

Wracam niczym marnotrawny syn, ale wracam do domu. Wracam po długiej podróży, w której pisaniem zarabiałam na chleb i już wiem jak to smakuje. Bo do tej pory za pisanie nikt mi nie płacił. I już czuję różnicę.

I mimo, że za chwilę zostanę bez pracy, czuję szczęście. Czuję, że warto było zaryzykować, spróbować, opuścić znów ciepłe, wygrzane i jednocześnie powodujące pewne dolegliwości miejsce, wejść w nowy układ, przebijać się przez mury i wchodzić do miejsc mi nieznanych. 

Tego mi nikt nie zabierze i mimo, że znów stoję na jakiejś krawędzi, mam dziwne przeczucie, że będzie dobrze. Że nie straszne mi nic. No, prawie nic. Bo jeszcze sporo strachów do uleczenia. Ale część z nich udało się pokonać. Teraz czas delikatnie odetchnąć, zastanowić się, przemyśleć sprawę. Podsumować dotychczasowe życie. Iść dalej, otworzyć nowy rozdział.

W nowych miejscach, może z nowymi ludźmi.


PS. Czy to przypadek, że piosenka, która akurat wpadła mi w ucho nosi tytuł „Zmiany”? To gra Jazzpospolita. 

czwartek, 18 lutego 2016

Mówią: "wilkiem bądź!"

Wiecie, czytam teraz książkę. Dostałam ją w prezencie od jednej z bliższych mi osób. I ta książka jest niezwykła. Opowiada historię pewnego młodzieńca, biednego jak szczur i wałęsającego się jak szczur. Ale ma głowę pełną marzeń. Na imię mu Rysiek.

Rysiek, podobnie jak ja, w coś wierzy. Wierzy w "piękne życie". Głowę mu zapychają marzenia. Naczytał się o bohaterach i teraz lata jak z pęcherzem za tymi marzeniami. I cóż w tym złego? Nic. Ale dobrego nie więcej. Co rusz dostaje kopy od życia i sam te kopy zadaje. Idei przecież bronić trzeba, no tak czy nie?

Jak już mówiłam, Rysiek wierzy w "piękne życie". Żeby w domu bidy nie było. Żeby normalną robotę podłapał. Żeby matka znów wyglądała jak na ślubnym zdjęciu. Żeby na Marymoncie się szczęśliwiej żyło. I chce walczyć za sprawę. I tyle. 

Tragicznie się czyta takie rzeczy. Tragicznie zwłaszcza jeśli ma człowiek współczucie i żal do tego Ryśka. Bo młode, to to miota się jak ryba w siatce, bo jej czegoś brakło. A z drugiej strony ta wszechogarniająca beznadzieja i złość. Żałość i serce się kraje. 

Bo można powiedzieć: "weź /się do roboty/ nie pierdol/ nie gadaj/ nie użalaj się nad sobą/ idź/ tak nie mów". I takie tam różne.

PS. Jeszcze nie doczytałam tej książki, ponieważ trzeba było już zgasić światło. Jak doczytam to Wam powiem więcej o tym Ryśku. 

A książkę napisał Marek Hłasko. 

wtorek, 2 lutego 2016

Mint Moods. Uwalniają od smutku

Absolutny rozpierdol na Fejsie spowodowało udostępnienie singla z nowej płyty Ostrego. Ja będąc nieco przekorna tego nie zrobię, nie napiszę nic o tym singlu, za to podrzucę coś co wypełnia dźwiękiem i subtelnym brzmieniem mój pokój od kilku minut. Już nie rozpierdol, ale chill. Równie absolutny.

fot. Tatiana Katarzyna Pancewicz /z Fejsa grupy
Polecam zespół Mint Moods. Tworzy ich czwórka, na oko wyglądających młodo osób, skąd są nie wiadomo, bo nie napisali, ale aż tak istotne to nie jest. Z Polski i wystarczy. Ale napisali, że Głos rozłożony elektronicznie na czynniki pierwsze, multiplikowany w postaci chórków, dodatkowych warstw wokalnych plus basowy groove - buja i poprawia nastrój. 
I absolutnie się zgadzam.
W skład zespołu wchodzą:
Magda Grzymkowska – wokal
Michał Majku Urban - samplery, syntezatory, kontrolery
Grzegorz Witczak – gitara
Bartosz Gogolok - gitara basowa
Wyczulona na basy pozdrawiam pana Gogoloka. O to w tym instrumencie chodzi, zostala wydobyta ta cudowna głębia, niezwykle ważna, jednak nie narzucająca się słuchaczowi zbyt mocno :) Przynajmniej tak uważam ja. 

Poniżej EPka, koniecznie do przesłuchania. Ja zapętlam "Worries".

wtorek, 3 listopada 2015

EPka numer dwa od Blue Deep Shorts! [nowość]

Źr: https://www.facebook.com/bluedeepshorts/
Nie zawodzą! Bo nie ma takiej opcji.

Blue Deep Shorts - moi ulubieńcy od pierwszych dźwięków. Wiem, że zajdą daleko i wysoko. A stwierdziłam tak, gdy zgłosili się do Rock Time 2015 czyli do XI Przeglądu Amatorskich Zespołów Studenckich i usłyszałam pierwsze gitary w utworze Phones. I wciąż go mam na swojej playliście. 

Cierpliwie i sukcesywnie budują to co mają najlepsze, czyli produktywny, muzyczny kapitał opierający się na cudownym, gitarowym brzmieniu i płynącym, delikatnie dudniącym basie i skromnie wyważoną perkusją. Nieco nieśmiały wokal Darka Staciwy pięknie współgra z okazjonalnymi chórkami. W czasach gdy obrzydł mi już Kings of Leon, trzeba było szukać świeżych alternatyw. Ta pustka została wypełniona. I choć nie lubię porównań, to chyba nikt nie powie, że to obelga. 

Największa umiejętność BDS? Budowanie klimatu. Od napięcia, przez rozwinięcie aż do muzycznego spełnienia. Czuję, że będziemy się nimi kiedyś mocno chwalić. 

Skład BDS to czwórka uzdolnionych chłopaków z Warszawy. Darek Staciwa, Franek i Antoni Zgorzałek oraz Tomek Miśkiewicz właśnie wrzucili na swoje konto na SoundCloud 4 trackową EPkę. Właśnie jest tutaj kluczowe, gdyż zrobili to niecałe dwie godziny temu. Zatem...

Co Wam dano to bierzcie, bo stwierdzam, że klimat EPki numer 2, może być świetnym soundtrackiem do snu. Przyjemna, choć myślę, że nieco żywsza klimatycznie od poprzedniej propozycja.

Zanim powiem dobranoc włączę sobie jeszcze radosne brzmienie Be Around... I zostawię odsyłacz do słuchania. 




Dobranoc.